„Jakie jest Twoje największe marzenie?” zapytała mnie ostatnio moja przyjaciółka przy okazji długo wyczekiwanego spotkania. Siedziałyśmy sobie na mojej ulubionej ławce w parku niedaleko domu, piłyśmy zimową herbatę z termosu i prowadziłyśmy filozoficzne dyskusje na temat całej tej nowej rzeczywistości, która nagle nas wszystkich zaskoczyła, przyspieszając rozwój naszej cywilizacji o kilkanaście lat raptem w kilka miesięcy.
Nie od razu wiedziałam co odpowiedzieć, bo takie proste a jednocześnie bardzo trudne pytanie mocno mnie wbiło w ławkę i zmusiło, aby skupić się i pokopać głębiej w moim sercu i duszy. Powtarzałam je w myślach przez dłuższą chwilę jak mantrę „O czym ja marzę? O czym ja w ogóle marzę teraz? No o czym ja do cholery marzę? No właśnie o czym?”.
Na pierwszą linię wyskoczyły jak pop corn z mikrofali takie proste przyziemne potrzeby jak swobodne podróżowanie, spotykanie się z przyjaciółmi, chodzenie do restauracji na dobre jedzenie okraszone kieliszkiem wytrawnego wina, ale to wszystko było takie oczywiste, materialne, krótkoterminowe i nie dawało prawdziwego spełnienia. Świdrowała mnie ta wszechobecna myśl coraz bardziej, stając w poprzek mojej głowy i rozpychając ściany czaszki zdartą płytą wewnętrznego monologu. O czym ja tak naprawdę marzę? Teraz, po tym wszystkim co się zadziało wokół mnie i wewnątrz mnie? I tak z tym zawieszonym w atmosferze pytaniem, nadal jak sierota pozostającym bez odpowiedzi, aż do końca naszego spotkania zostałam.
Kilka dni później, medytując wraz z przyjaciółmi w naszym Klubie Mieszkańca na osiedlu, gdzie integrujemy się kilka razy w tygodniu, wspólnie podróżujemy do pola kwantowego, wprawiając nasze umysły, świadomości i ciała w stan błogiej relaksacji oraz cennej uważności, nagle to natrętne pytanie do mnie wróciło. Gdzieś z głębokich czeluści pola kwantowego wybiło i zakotwiczyło ponownie w mojej coraz bardziej chłonnej świadomości. Wraz z tą myślą zaczęły wyłaniać się z bezkresnej przestrzeni tyłu mojej głowy pływające obrazy i jednocześnie wzmagające się jak fale przy brzegu odczucia, które powoli krystalizowały się w jedną, coraz mocniejszą potrzebę do długoterminowego zaspokojenia. Wraz z puszczaniem codzienności ta potrzeba rosła, puchła i oplatała mnie szczelnie od stóp do czubka głowy. Była nagle ogromna, intensywna i większa niż cokolwiek dotychczas, co błądziło po mojej rozbudzonej świadomości. O dziwo, nie była to żadna rzecz materialna czy fizyczna. Nie był to ani większy dom, samochód, telefon, sukienka czy kolejne studia albo podróże. Obrazy, które nagle zaczęły pojawiać się w odpowiedzi na to kluczowe moje pytanie, pompowały potrzebę jak balon, nadając jej coraz silniejszy wymiar, przenikający każdą moją komórkę. I nagle Eureka! Wiem! Tego właśnie pragnę! Czuję to całym swoim ciałem i umysłem. To jest to! Wow jakie to proste… W życiu bym na to nie wpadła, gdybym nie zorganizowała sobie tej chwili głębokiej obecności, bez pędzącego pendolino myśli. I nagle ta ulga. Już wszystko wiem. Wiem dokąd zmierzam. Ufff jak mi lekko…
Gdzieś na pięknej plaży, leżąc w cieniu palmy z lekko przymkniętymi oczami, delektuję się delikatnym szumem oceanu i przyjemnym ciepłym wiaterkiem, rozkoszuję się poczuciem błogości i wdzięczności za to gdzie jestem, co czuję i gdzie dotarłam. Oglądam to uczucie z każdej strony, podziwiam, smakuję je powolutku i bez pośpiechu. Czuję jego miękkość i szczęśliwą strukturę. I już wiem, że dopłynęłam do szczęśliwego portu. Właśnie spełniło się moje nowe, zrodzone w zresetowanej rzeczywistości, największe marzenie. Już NIC NIE MUSZĘ. WSZYSTKO MOGĘ, ale już NIC, absolutnie NIC NIE MUSZĘ<3