Jednorodne połączenie co najmniej dwóch różnych pierwiastków chemicznych za pomocą dowolnego wiązania. Brzmi bardzo optymistycznie. Coś nowego powstaje, rodzi się, ma szansę zawojować świat. Tak jest z naszymi związkami międzyludzkimi, które powstają zupełnie niezależnie od nas, na zasadzie przyciągania różnic, podobieństw, dowolnych motywów. Każdy początek niesie w darze wielką obietnicę, nadzieję na coś pięknego, unikalnego. W wielu przypadkach rodzaj wiązania staje na wysokości zadania, dostarcza pierwiastkom pozytywnego paliwa do stworzenia ciekawego związku. Niestety czasem wyciągamy rozkosznego Czarnego Piotrusia.
Na początku jest pięknie, świat leży u stóp, jedziemy czerwonym Ferrari życia, łykamy bąbelki szczęścia. Mimochodem, z gracją Agnieszki Radwańskiej odbijamy od czasu do czasu od naszej szczęśliwej powierzchni jakieś nieszkodliwe naszym zdaniem, malutkie słodkie czarne piłeczki. Czasem to skacząca wokół nas, parząca lekko kulka złośliwości, a czasem niby przypadkiem puszczone po blacie stołu jadowite okrągłe słówko. Zjawiają się nagle, często pod postacią niewinnie rzuconego przez ramię ultra krótkiego spojrzenia o mocy elektrowni atomowej. Jednak kocyk zaślepienia skutecznie osłabia naszą czujność i dalej tańczymy do tej podstępnej muzyki. Wychowywałyśmy się przecież na bajkach o księciu i białym rumaku, w domu miałyśmy przyzwoite dzieciństwo, więc nasz wewnętrzny system alarmowy nie uruchamia żadnych syren. Wierzymy w naturalne dobro drugiego człowieka. Nie mieści nam się w głowie skrzywdzenie innej żywej istoty.
A jednak. Niezłomnie, jak wykwalifikowana sprzątaczka dalej zamiatamy pod dywan sytuację w naszej ekskluzywnej willi z pięknym ogrodem. Puszczamy oko do publiczności i gramy wspaniałą rolę szczęściary, której do stóp los rzucił wszystkie rodzaje róż. Z czasem osiągamy wręcz poziom mistrzowski i wchodzimy w tą rolę lepiej niż sama Krystyna Janda. Do czasu pierwszego siniaka.
Godzina zero. System perfekcyjnego życia pada. Twój świat wali się, ale jeszcze udajesz, że to pomyłka. Złudzenie optyczne. Błędnie dostarczona przesyłka. Chwila przerwy i znowu zaskoczenie. Nadal nie dowierzasz. Panika. Dzieci. Eleganckie życie. Znowu nokaut. Załamka. Malujesz fasadę farbą szczęścia. Error. Twoje wnętrze płonie. Włączasz amerykański uśmiech. Znowu strach. W końcu tracisz nadzieję i chęć do życia. Zaczynasz spadać. Jak Alicja w Karinie Czarów. Lecisz w dół, na łeb na szyję, w czarną otchłań i nie potrafisz tego zatrzymać.
Jak długo lecisz na piekielne dno zależy od tego czy masz trochę szczęścia i dobrych ludzi wokoło. Patrząc z perspektywy lat byłam ogromną szczęściarą. Moja bliska przyjaciółka, krucha blondyneczka, w porę złamała kod do moich pozłacanych pancernych drzwi pozoru i połapała się w jakim toksycznym szambie tkwię od lat. Cudem zmieniła kurs mojego lotu. Jak wytrawny terrorysta porwała mój samolot stosując bolesny szantaż. Dostarczyła mój emocjonalny wrak do życiowego warsztatu. Zmusiła do podpięcia się pod kroplówkę prawdy i trzeźwego spojrzenia na sytuację. Był wielki huk. Rozpadłam się na milion kawałków. Bolało, ale jakoś tak inaczej, twórczo i znośnie. Potem był czas zdrowienia pod okiem specjalistów.
W końcu przyszedł ten dzień. Dzień, w którym po raz pierwszy spotkałam i puściłam przodem SIEBIE. Dostałam nowe życie w mojej grze. Nie ma takich słów, które byłyby w stanie opisać jaką niesamowitą przygodą jest budzenie z wieloletniego snu swoich talentów, marzeń, pragnień, odwagi, bezwarunkowej miłości, poczucia szczęścia i rozkoszy w najczystszej postaci. KAŻDY z nas ma ten potencjał w sobie. Jeśli go nie dostrzega to znaczy, że tkwi w życiowym szambie, z którego trzeba za wszelką cenę wyskoczyć. Byłam tam i też nie widziałam wyjścia, nie miałam siły na skok. Dziś mam o dziesięć lat więcej i wiem, że świat faktycznie jest pełen dobrych ludzi, którzy tylko czekają, aby porwać nasz skorodowany samolot. Nie czekaj na lepszy moment. Nigdy nie nadejdzie. Po prostu zbierz się na odwagę, weź oddech i resztką sił mrugnij do nich małym czerwonym światełkiem ze skrzydła. Jak nie zadziała, to mrugnij jeszcze raz. Dasz radę! Wierzę w Ciebie! Obiecuję, że dobrzy ludzie odbiorą Twoją wiadomość i przygotują plan ewakuacji do lepszego życia. Życia, w którym w końcu najważniejsza będziesz TY.
Dzisiaj wiem, co dało mi siłę, żeby wyjść z toksycznej relacji. Po pierwsze postawiłam na szczerość. Przełamałam wstyd i wyrzuciłam to z siebie. Nagle wokoło pojawiło się wielu wspaniałych i mądrych ludzi, którzy bezinteresownie pomogli mi przez to wszystko przejść. Nauczyłam się też dwóch ważnych rzeczy, które musisz zapamiętać! Przysięgnij, że będziesz to miała zawsze w głowie, bez względu na sytuację.
NIGDY nie ma sytuacji bez wyjścia. Czasem go nie widzimy, bo patrzymy ze złej perspektywy. Usiądź w swoim ulubionym miejscu i spójrz na wszystko raz jeszcze, na spokojnie. Pomyśl, czego boisz się najbardziej. Oswój ten widok, zobacz, że to nie jest takie straszne. Może będzie biedniej, może będzie mniej szałowo, ale będzie wolność.
Druga ważna sprawa. ZAWSZE po nocy wstaje nowy dzień. Wiedziała to już Scarlett O’Hara i dlatego przetrwała. Ja też już to wiem. Pora na Ciebie! Magiczna siła rodzi się w nas wtedy, kiedy mamy nadzieję, że AFTER ALL… TOMORROW IS ANOTHER DAY!
9 odpowiedzi do “Związek chemiczny”
Byłam, jestem, będę… ?
Love❤❤❤
Ach, ta Scarlett?silna babka
Tak jak my My Dear!!!
Scarlett robiła jeszcze jedną bezcenną rzecz – miała swoje „Pomyślę o tym jutro…” a to pozwala nabrać dystansu i nierzadko zmienić perspektywę…
Święte słowa, to najlepszy sposób na problem. Przespać się z nim i spojrzeć na niego z dystansu, w pierwszych promieniach słońca:-)
Święta racja, nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia. Przede wszystkim trzeba zaufać sobie, wsłuchać się we własną intuicje i serce, być szczerym samemu ze soba, i odwagi, aby zrobić ten pierwszy krok… i potem następny i następny i tu pomagają dobre dusze:))
Dziękuję za ten wpis Justyna. 🙂
Do usług:-)