Jest taki jeden rok w życiu każdej kobiety, kiedy następuje przesilenie jej drogi życiowej. Ma on podobno miejsce między 46 a 48 rokiem życia. Z czasu zbierania trudnych doświadczeń przechodzimy poprzez rozwój wewnętrzny na tą drugą, lepszą połowę życia. W tej lepszej połowie życia podobno zaczynamy życie „kosztować”, dostrzegać jego oszałamiające piękno, delektować się doznaniami dostarczanymi do wszystkich zmysłów, brać pełnymi garściami nowe, lepsze doświadczenia, jakie zaczyna nam dostarczać ta druga połowa naszej ziemskiej wędrówki. Wszystko nagle zaczyna się układać, jak w tej fantastycznej medytacji Rising Higher Meditation (moja ulubiona – Extremely Powerful Guided Meditation to Manifest Your Dreams and Desires), gdzie anielski głos prowadzącej zawsze na koniec wypowiada te magiczne słowa „good things are coming” (dobre rzeczy nadchodzą).

Słysząc o tym w okolicach mojej 40tki miałam ogromne wątpliwości, czy jest faktycznie gdzieś kres moich trudnych życiowych doświadczeń i lekcji, które miałam regularnie i masowo w tamtym okresie zadawane przez los. Nic nie zapowiadało dobrej zmiany, a wręcz problemy piętrzyły się jak talerze w babcinym kredensie.

Aż przyszedł ten super ważny rok. Zaczął się fatalnie. Wszystko się waliło dookoła. Zdrowie, lockdown, praca i nauka zdalna, całe to szaleństwo na świecie, panika, brak nadziei. Dogięło mnie to wszystko tak do parteru, że widziałam głównie czubki moich sexy papci, niosących mnie wyłącznie na wycieczki po mieszkaniu. W życiu nie miałam takiej kumulacji na wszystkich frontach mojego życia. Dosłownie na każdym polu była walka o oddech, o przetrwanie kolejnego dnia.

Oczywiście w tamtym czasie marnie spałam. Budziłam się bladym świtem i nie mogąc usnąć, przeczesywałam youtube w poszukiwaniu różnorodnych wykładów, medytacji i relaksacji, żeby coś w końcu pomogło mi odpocząć od gonitwy myśli, obręczy strachu ściskającej moje żebra i stresu okupującego każdą moja komórkę ciała. Nic nie działało. Nie potrafiłam się skupić, wkurzało mnie nawet to, że tak wolno mówią w medytacji, że nie mogę głęboko oddychać i że myśli, nieczułe na łagodne częstotliwości, wciąż bombardują mój umysł. Wstawałam, chodziłam po domu, nalewałam sobie gorącej herbaty, sączyłam wino, liczyłam barany, brałam środki na sen i NIC. Byłam jedną wielką kulą nerwów, strachu i paniki o kolejny dzień, o przyszłość, o przeżycie moje i bliskich. Koszmar z Ulicy Wiązów do kwadratu.

Rzutem na taśmę wskoczyłam w połowie lipca do samolotu na urlop z rodziną, oczywiście zabierając ten koszmarek na włoską ziemię. Pierwszy tydzień walczyłam tradycyjnie. Nic nadal nie pomagało. Aż do niedzielnej wycieczki po okolicy. Matera. Jedno z najstarszych miast na świecie. Obezwładniający widok na to starożytne miasto z sąsiedniego wzgórza będącego rezerwatem przyrody. W tle miasta zachód włoskiego gorącego słońca. Na froncie dostojne mury oddychające rytmem naszych praprzodków. Wszechobecne pomarańczowe światło wydobywające magię z każdego najmniejszego kamienia, tworzące wyjątkową ucztę dla oczu. Byłam tak oszołomiona i zahipnotyzowana magią tego miasta na wzgórzu, że… zapomniałam się stresować!

Wieczorem zjedliśmy z przyjaciółmi kolację w uroczej restauracji pośród murów, lampionów i stołów pełnych domowych włoskich delicji. Ja, nadal zahipnotyzowana wpatrywałam się jak nienormalna w wiekową architekturę, czując jak rozpiera mnie wdzięczność, że jestem tu i teraz w takich magicznych okolicznościach przyrody. Nie potrafię słowami oddać tego doznania, które nagle zawładnęło mną i trzymało przez cały wieczór. Każdy mój oddech był głęboki, spokojny. Całą sobą chłonęłam niesamowite wibracje sprzed prawie dziesięciu tysięcy lat, które dosłownie wnikały mi w ciało i wprawiały je w stan głębokiej nieważkości. Moje serce urosło, jakby chciało wyskoczyć z piersi, wypełniała je bezgraniczna radość. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie jak kiedyś żyli tutaj ludzie, prosto, szczęśliwie i spokojnie. Jak niewiele im było potrzeba do szczęścia. I nagle przyszło nowe. Odpuszczenie. Przejrzystość myśli. Ostrość widzenia. Pozytywne emocje. Wróciła nadzieja i poczucie, że wszystko będzie NAPRAWDĘ DOBRZE.

Drogi do hotelu nie pamiętam. Tej nocy spałam jak niemowlak. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale od tej pory spałam już każdej nocy genialnie. Medytowałam sobie jak za dawnych czasów. Oddychałam pełną piersią. Kontemplowałam uroki włoskiego wybrzeża, magicznych miasteczek i ciepłej wody Morza Jońskiego. Łapałam inspiracje do pracy, czyściłam głowę z resztek ograniczeń, tworzyłam odważne plany na drugą lepszą połowę życia.

Niesamowite, że kiedy wrzuciłam post na Instagramie z oznaczeniem miasta Matera, jedna z koleżanek napisała: Matera – tam wszystko się układa… jak te kamienie…

Asiu dziękuję Ci za ten wpis. Upewnił mnie jeszcze bardziej, że to co przeżyłam, to nie był jakiś jednorazowy niewytłumaczalny odlot. Tak, potwierdzam. Wszystko sobie ułożyłam. Wszystko wiem. Mogę wracać do domu. Już wiem dokąd zmierzam. Wiem dokładnie, jak chcę przeżyć moją lepszą połowę życia, żeby jej nie zmarnować.

Chcę przytulnego domu, spokoju, ciszy, zdrowego jedzenia, słońca na mojej twarzy i bycia otoczoną przez szczęśliwych, kochających ludzi. Jak dziesięć tysięcy lat temu ludzie w Materze<3