Kiedy ktoś mówi o kimś, że jest wyjątkowo wrażliwy, to co Ci pierwsze przychodzi do głowy?
„Kruchość” to jest moje skojarzenie, które umysł mi podsuwa na pierwszy ogień. Czy aby na pewno to jest właściwe skojarzenie?
Jak niewiele ma wrażliwość wspólnego z kruchością uświadomiła mi ostatnio wspaniała Anita Moorjani, która opowiedziała na „Flow Summit” swoją historię jak zidentyfikowała w końcu dlaczego zachorowała i prawie odeszła z tego świata. Jakim szokiem było dla mnie odkrycie, że również należę do grupy wyjątkowych wrażliwców i razem stanowimy ponad 20% społeczeństwa, które często nie jest tego absolutnie świadome. Nigdy tak o sobie nie myślałam, bo zawsze wydawało mi się, że jestem kobietą silną, niezniszczalną, ratującą świat, dla której nie ma rzeczy niemożliwych.
Jak życie pokazuje, osoby wysoko wrażliwe często nie są niestety w ogóle kruche. Z pozoru silne, niezłomne, nie do zdarcia, zawsze gotowe pomagać, dźwigać ciężary otoczenia, przedzierać się przez dżunglę codzienności i dawać, dawać, dawać… One zawsze są gotowe do rozmowy, do rozwiązania problemu, do załatwienia sprawy za kogoś i robienia wielu rzeczy ponad siły tylko po to, aby zaskarbić sobie czyjąś wdzięczność, napełnić swoje poczucie bycia potrzebnym i niezastąpionym odpowiednią ilością satysfakcji z dobrze wykonanego kolejnego heroicznego czynu. To daje chwilowe poczucie spełnienia, przyjemny haj, złudne wrażenie, że jest nam dobrze. Przez chwilę czujemy się lepiej, kiedy tak rozmieniamy swoje potrzeby na drobne i rozpraszamy swoją energię na zupełnie niepotrzebne, szkodliwe dla nas samych działanie, jednocześnie cały czas walcząc nieskutecznie z ciągle powracającym poczuciem winy. Bo znowu ktoś będzie niezadowolony, bo znowu ktoś źle o mnie pomyśli, bo znowu ktoś coś… Brzmi znajomo?
Osoby super wrażliwe, to również wysoko gatunkowi empaci, którzy nie potrafią postawić siebie i swoich potrzeb na pierwszym miejscu i przez całe życie służą wszystkim dookoła, zabiegają o ich dobre samopoczucie, dostarczają wszystko co im potrzeba – oczywiście kosztem siebie. To tacy idealni dawcy.
Czy Ty też jesteś idealnym dawcą?
Spokojnie zastanów nad tym, jak odbierasz bodźce z otoczenia, czy jesteś bardzo emocjonalna, wrażliwa na to co powiedzą inni, na to jak odbiera Cię świat. Przyjrzyj się czy bodźce ze świata super mocno wbijają się w Twoje odczuwanie, kreując silną potrzebę natychmiastowego zaspokajania poczucia winy wobec innych, ratowania bliskich, świata, dawania im ciągle tego czego potrzebują, zaspokajania ich lawinowo rosnących potrzeb. Pomyśl też o empatii, czy nie jesteś osobą, do której zawsze można zadzwonić, poprosić o pomoc, bo wiadomo, że nigdy nie odmówisz? Brzmi znajomo? Witamy w klubie idealnych dawców!
Dawcy idealni bardzo często chorują, na różne przewlekłe i śmiertelne choroby. Ich nadmierna wrażliwość i branie wszystkiego do siebie, produkuje stres i toksyny, które zatruwają organizm i w efekcie doprowadzają do choroby. To efekt rozpaczliwego buntu ich ciała, które krzyczy „dość” i daje nam fizyczne sygnały, abyśmy zawrócili z tej beznadziejnej drogi. Często nie odczytujemy tych sygnałów prawidłowo, zakładamy że choroba nam się przytrafia, bo ktoś nas zaraził, bo takie mamy uwarunkowania genetyczne, bo mieliśmy pecha. Nie. Nie. Nie. Każda choroba to stanowcze NIE wykrzyczane przez nasze ciało, że tak dalej nie pojedziemy. To punkt zwrotny w naszym życiu, w którym należy się zatrzymać i zastanowić czym już dalej nie będziemy sobie szkodzić?
No to jak się uchronić od śmiertelnych często konsekwencji swojego postępowania? Jak wyjść z choroby, uzdrowić swoje ciało i wprowadzić do naszego życia nowe, gwarantujące zdrowie mechanizmy postępowania.
To trudne zadanie nie ukrywam i pracuję nad tym sama od wielu lat (z różnym skutkiem nie ukrywam:-) z wieloma mądrymi osobami, które miałam szczęście spotkać na mojej drodze.
Po pierwsze nauczyłam się jak postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu. Jak zadbać najpierw o siebie a potem dopiero rozejrzeć się, czy ktoś faktycznie potrzebuje mojej pomocy czy tylko korzysta z łatwiejszego sposobu zaspokojenia swoich potrzeb, bo tak mu wygodniej, prościej i tak był przyzwyczajony.
Po drugie, pokochałam też siebie, dostrzegłam w sobie absolutne piękno jako człowieka oraz cudowny system jakim jest połączenie naszego ciała, umysłu i duszy, wymagający stałej, czułej troski i dostarczania wysokich wibracji szczęścia, wdzięczności, aby nasze fizyczne ciało nie musiało krzyczeć.
Po trzecie nauczyłam się brać, bo dotychczas każdy prezent czy przysługa wzbudzała we mnie od razu poczucie winy, że powinnam się natychmiast tej osobie zrewanżować. To rodziło ogromny stres, obciążenie dla mnie i odbierało tej drugiej osobie czystą, dziecięcą radość dawania, która buduje wysokie wibracje u obu stron i sprawia, że czujemy się dobrze, wdzięczni a przez to szczęśliwi i osiągamy stan kluczowy czyli „przepływu” ze wszechświatem.
I jeszcze jedna, najważniejsza rzecz na koniec. Uświadomienie sobie tego było absolutnie kluczowe dla mojej przemiany. Dawcy idealni szybko umierają. Ich ciało nie wytrzymuje gospodarki rabunkowej zbyt długo.
Nie podwyższaj już i tak wysokich ziemskich statystyk śmiertelności. Dołącz do mnie i naucz się być BIORCĄ IDEALNYM<3