Marzenia – to moim zdaniem najprzyjemniejszy i najbardziej eteryczny element naszej egzystencji, który jest magicznym paliwem dla naszych życiowych rakiet, które unoszą nas wysoko do gwiazd naszego potencjału.
Kiedy minie Ci już ciśnienie na kolejny najnowszy model telefonu i samochodu, kiedy uznasz że kolejny gadżet nie uczyni Cię szczęśliwszą, to będzie ten magiczny moment, kiedy puścisz lejce szalonego rydwanu konsumpcji i zrobisz przestrzeń na MARZENIA, które w końcu w sposób długoterminowy odmienią Twoje życie.
Im jestem starsza tym lepiej poznaję mechanizm, w oparciu o który działają nasze marzenia. Z mojego życiowego bilansu płynie nauka, że im bardziej oddawałam energię i znaczenie rzeczom materialnym, tym bardziej byłam nieszczęśliwa. Absurd? Absolutnie nie. Oczywiście od razu podniosą się głosy, że pieniądze szczęście jednak dają. Ale ja mam inną filozofię na temat ziemskiej waluty. Jak to w życiu, z forsą bywało różnie. Raz było jej mniej, raz więcej, ale mimo tego, długo i bezrefleksyjnie oddawałam efektowny hołd bożkowi luksusu i hedonizmu, kojąc fałszywie moje poczucie szczęścia chwilą zatracenia się w nabyciu kolejnej pięknej rzeczy z serii „limited edition”.
Powiększałam moje szafy, garaże, mieszkania, żeby więcej i więcej tych wyjątkowych rzeczy móc składować blisko mnie. Chciałam czuć ich obecność, patrzeć na ich blask, mistyczną perfekcję kształtu i doznawać co i raz drżenia na samą myśl o dotknięciu czegoś tak pięknego, idealnego, nieosiągalnego dla przeciętnego człowieka.
Dziś już wiem na pewno, że największą wartością jaką mogę otrzymać od świata jest czas. Czas dzięki któremu mogę spełnić swoje najskrytsze prawdziwe marzenia. Być może nie wiedziałabym o tym do dzisiaj, gdyby nie wyrok śmierci, który otrzymałam od losu kilka lat temu. Ten strzał losu między oczy całkowicie przeorał moje wyobrażenie o szczęściu i o moich prawdziwych marzeniach. Na szczęście nie był śmiertelny i dostałam drugie, lepsze życie oraz szansę, aby przeżyć je na innych zasadach.
Dzięki temu ekstremalnemu doświadczeniu odkryłam inny wymiar szczęśliwości. Odnalazłam niewyobrażalne piękno naszego świata ukryte w jego prostocie. Dokopałam się nieograniczonych pokładów czystej i spontanicznej radości. Dorwałam w końcu przepis na pełne zatracenie się i doświadczenie błogości, o jakiej mi się nigdy w poprzednim plastikowym życiu nie śniło.
Nie, nie wstąpiłam do żadnej sekty. Nie przeżyłam śmierci klinicznej. Po prostu dostałam wyraźny sygnał od życia i od mojego ciała, że pora się zatrzymać. Czas był najwyższy przyjrzeć się temu co udało mi się zdziałać przez 40 lat mojego życia. Kiedy przyjrzałam się sobie w tamtym poprzednim życiu, było mi po prostu wstyd. Było mi też cholernie żal, że tyle czasu zmarnowałam na rzeczy, na ludzi, na tematy, które nie były warte nawet sekundy mojej uwagi i grama mojej energii. Moje zaślepienie i walka o to sztuczne szczęście wykończyły mnie i zaprowadziły na krawędź życia.
Otrzeźwienie było bardzo bolesne, proces transformacji jeszcze bardziej wykańczający, ale gdzieś w głębi duszy czułam, że idę w końcu w dobrym kierunku. Nauczyłam się dostrzegać piękno – tym razem natury. Nauczyłam się doceniać bezcenne – tym razem chwile z wartościowymi ludźmi. Nauczyłam się kochać siebie bezwarunkowo i bez oceniania. Nauczyłam się odpuszczać, pozwalać sprawom toczyć się swoim tempem a ludziom być sobą, nie naprawiać ich na siłę. Możecie sobie tylko wyobrazić jak bolesny proces transformacji to był dla kogoś, kto kiedyś nie dopuszczał myśli, że czegoś nie dostanie, że coś jest niedostępne albo sprawy nie potoczą się tak, jak sobie zamarzył.
Dziś jestem wdzięczna za wszystkie ekstremalne doświadczenia z rakiem na czele, które miały za zadanie zatrzymać mnie i zmusić do refleksji, do przyjrzenia się obiektywnie mojemu życiu. Dzięki tej terapii szokowej odkryłam klucz do spełniania MARZEŃ. Wszechświat nas słucha. To wiem na pewno. Odbiera wszystko co mówimy i jak myślimy. Dlatego bądźmy ekstremalnie uważni, co wychodzi z naszych ust i z naszych myśli oraz jaką postawę manifestujemy wobec świata.
Wszechświat da nam TYLKO TO CO JEST DLA NAS DOBRE. Jeśli coś nam nie służy, to żebyśmy mieli położyć się w poprzek autostrady, nie dostaniemy tego. A jeśli coś jest dla nas dobre, to nawet jeśli wydaje się kompletnie poza naszym zasięgiem, to przyjdzie do nas w swoim czasie. Jeśli nasze marzenie nie sprzyja naszemu rozwojowi wewnętrznemu, to żebyśmy mieli się skichać, nie przyjdzie to do nas albo przyjdzie nie takie jak oczekiwaliśmy. Złościmy się wtedy, tupiemy nóżką, tylko po co? Ktoś bardzo mądry już ustawił tak ten Wszechświat, żeby dbał o nasz interes i nawet jeśli sami próbujemy sobie zrobić krzywdę, chronił nas przed tym co nam nie służy.
Na pewno wszyscy macie tak często, że mimo ogromnego wysiłku jakiś temat „nie żre”. A potem z czasem widzicie wyraźnie, że to było najlepsze dla Was rozwiązanie, że coś się nie udało. To właśnie Wszechświat reguluje naszymi marzeniami tak, aby finalnie dostarczyć nam prawdziwe szczęście, takie którego naprawdę potrzebujemy. Nie kolejne wypasione BMW, nie kolejną torebkę, ale to co nas uskrzydli na długo, co nas rozwinie, co pogłębi nasze odczuwanie piękna tego świata, co wzniesie nas na wyższy poziom doświadczania szczęścia i będzie w zgodzie z naszym prawdziwym ja. Marzenia nie lubią nacisku. Lubią być swobodne. Pozwól im się ziścić w najlepszej dla Ciebie wariacji. I nie zapominaj – DREAM BIG!