Jak dobrze oszukujecie samych siebie, kiedy boicie się, że coś zburzy Wasze pozornie idealne życie? W skali od 1 do 10? No tak szczerze sobie odpowiedzcie. Ten jeden raz bez ściemniania poproszę:-)
Ja, przyznaję bez bicia, że długi czas notowania miałam lepsze niż szalony dolar. Byłam Mistrzynią Świata w oszukiwaniu siebie i przekonywaniu wszystkich dookoła, że wszystko zmierza w absolutnie właściwym kierunku i wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być w idealnym świecie, związku i całym moim życiu.
Malowałam trawę na zielono przed każdą wizytą rodziców i włączałam program „idealny dom”, aby nikt nie miał wątpliwości, że wygrałam los na loterii i osiągnęłam spektakularny życiowy sukces. Na niezliczonych uciążliwych imprezach rodzinnych wrzucałam hollywoodzki uśmiech Pretty Woman i kręciłam piruety szczęścia, połykając z każdym kolejnym pierogiem frustrację, która podchodziła mi pod gardło, mocno ściskane przez moje poczucie obowiązku. Przecież nie mogłam okazać niewdzięczności tym wszystkim fantastycznym ludziom, dzięki którym trafiłam do tego idealnego życia i na takie ekskluzywne przyjęcie, gdzie sztuczne uśmiechy wymienia się od niechcenia, jak karty w pokerze. Gdzie „small talk” urasta do rozmiarów Titanica, a opary jadowitej zazdrości „przyjaciół domu” otulają Cię szczelnie jak płaszcz przeciwdeszczowy.
Tak sobie żyłam rok za rokiem, szlifując mistrzowskie umiejętności wmawiania najpierw sobie, a następnie wszystkim dookoła, że jestem baaaardzo szczęśliwa. Normalnie bajka! To nic, że mąż czasem poddusił, że czasem kopnął albo zrównał z ziemią wyrafinowanym wyzwiskiem. Brałam się w garść, bo dziecko, bo co ludzie powiedzą, bo to przecież na pewno moja wina. I tylko jakoś coraz głośniej się śmiałam na imprezach, coraz mocniej malowałam i kupowałam coraz więcej niepotrzebnych butów, torebek, sukienek i płaszczy. Kiedy tylko czułam, że jakaś niekontrolowana, szalona potrzeba wyrzucenia z siebie tego całego sztucznego mułu i wykrzyczenia światu prosto w twarz ostrej prawdy przybiera na sile, nakładałam kolejną mocną foliową torebkę na moją duszę i upewniałam się, że tym razem jeszcze mocniej zawiązałam na niej supeł bezpieczeństwa.
Nie pamiętam jego imienia nawet. Ubrany był zwyczajnie. Twarz niepodobna do nikogo. Taki zwykły człowiek z miłym spojrzeniem, którego na ulicy nawet byście nie zauważyli.
Zajęło mu to jakieś 4 minuty. W kilkunastu zdaniach opowiedział mi jak będzie wyglądało dalej moje „idealne” życie.
Z chirurgiczną precyzją, bez najmniejszego wysiłku i bez mrugnięcia jakąkolwiek powieką nagle, bez absolutnie żadnego ostrzeżenia odpalił we mnie jakieś totalnie niewyobrażalne tsunami bólu istnienia, złości, żalu, frustracji, niespełnionych marzeń, pogrzebanych nadziei, połkniętych ambicji i niedotrzymanych wewnętrznych obietnic. Z mistrzowską precyzją okrył to wszystko oceanem moich łez bezsilności i rozpaczy. Nawet nie drgnął na swoim krześle. Zamilkł i czekał aż fala uderzeniowa ustąpi. Podał pudełko chusteczek. Czekał. Bardzo długo czekał. Na pierwszy promień mojego przebudzenia.
Znacie ten moment po huraganie, kiedy skotłowani i zmęczeni nawałnicą dostrzegamy na niebie pierwszy promień nieśmiałego słońca. Jest w nim jakaś niewyobrażalna moc i ufność, że najgorsze naprawdę już za nami.
Nigdy nie przeżyłam żadnej katastrofy na morzu, ale ten jeden raz w życiu tak się poczułam. Jak rozbitek wyrzucony na brzeg, odzyskujący przytomność i czujący rozdzierającą, bezgraniczną ulgę ocalenia. Coś jakby tysiąc ton ciężkiego metalu nagle opuściło moje wnętrze.
Patrzyliśmy na siebie dłuższy czas w milczeniu. Słowa były zupełnie niepotrzebne. On wiedział, bo widział to tysiące razy. Ja wiedziałam, bo on nacisnął mi mój magiczny przycisk i otworzył pancerne drzwi do mojej udręczonej „idealnym” życiem duszy.
Dawno dawno temu, za górami, za lasami, gdzieś na warszawskim Mokotowie, kiedy pierwsze krokusy zaczęły wysyłać nieśmiałe zaproszenia do tańca dla Pani Wiosny….. Mistrzyni Świata w oszukiwaniu samej siebie spotkała genialnego psychoterapeutę w Poradni ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie. Mistrza Świata od naciskania GUZIKA PRAWDY…
2 odpowiedzi do “Guzik prawdy”
Dziękuję za ten wpis i Twoją odwagę, którą dzielisz się ze światem.
Cieszę się, że mogę pomagać ludziom:-)