Stokrotki to kwiaty światła – ich płatki rozchylają się o wschodzie słońca i zamykają, gdy zapada zmierzch. Choć wyglądają dość niepozornie, kryje się w nich wiele wartościowych substancji. I tak też jest ze mną. Rozkwitam, kiedy otacza mnie dobra, świetlista energia odpowiednich ludzi, szczęśliwych zdarzeń i sprzyjających warunków. Chowam się w sobie, gdy atmosfera gęstnieje i dookoła zapada bezlitosny mrok ludzkich słabości.
Jak większość ludzi o tej porze roku, spacerując po lesie, pokusiłam się o drobną analizę moich mijających 365 dni, które poetycko rzecz ujmując, były epicko trudne. W Sylwestrową noc, sącząc wytrawne bąble, absolutnie bez żalu pożegnałam wszystkie lekcje pokory, cierpliwości, wyrozumiałości dla ludzkich słabości, które przyszło mi odrobić, a które nie dawały wytchnienia i spychały mnie w ciemny kąt coraz bardziej w ostatnich miesiącach. Każdego dnia miałam wrażenie, że kula gnoju, którą pcham pod super stromą górę, jest coraz bardziej imponująca. Brakowało mi świeżego powietrza nadziei, zapadałam się w otchłań biernej egzystencji i pod koniec roku nie miałam już siły nawet podnieść głowy, aby poszukać jakiegoś mikrego światełka w tunelu.
I nagle jestem. Niby ta sama ja, a jakaś inna. Niczego spektakularnego nie dokonałam. Niczego w sobie nie zmieniłam. Siedzę na tej co zwykle ławce, patrzę na to samo słońce i uśmiecham się pod nosem po raz pierwszy od dłuższego czasu. Tak po prostu. Spektakularnie acz bez fajerwerków, odkrywam prostą, bijącą po oczach oczywistość, której nie byłam w stanie dostrzec za żadne skarby, przytłoczona elegancko ciężką gnojną dekoracją.
To nie był mój czas. Po prostu. Nic we mnie nie było nie tak. To po prostu nie był mój cholerny czas. Musiałam przeczekać, pozwolić się pewnym tematom przewalić. Musiałam dotrwać do tego momentu na ławce, aby uzmysłowić sobie, że nic ze mną nie jest nie tak, jestem dalej tą samą wartościową, mądrą i utalentowaną osobą, tylko po prostu to był okres gęstej, zamulającej nocy dla moich działań i możliwości. Czas zatrzymania. Regeneracji. Przemyśleń. Przegrupowania sił. Przeglądu ludzkich relacji. Ustawienia nowych, lepszych celów w życiu, bo te stare przestały mi służyć.
Z ulgą przyjęłam myśl, że nawet jakbym położyła się w poprzek autostrady i nakryła soczystą kołderką życiowego nawozu, to nie rozkwitłabym za żadne skarby, bo po prostu to nie był mój czas. Jednocześnie poczułam głęboko gdzieś w sercu, że mimo tej przejściowej awarii systemu, w mojej atmosferze nadal są niesamowite warunki do powstawania dobrego życia i wszystkie funkcje mojego ciała oraz umysłu powoli wracają do przyjemnego trybu eksploracji piękna tego świata.
Dziś to jest moja historia, ale ona dotyczy każdego z nas bez wyjątku. Wszyscy prędzej czy później wejdziemy w nocną taryfę naszej życiowej energii. Dlatego nigdy, przenigdy proszę nie zapominajcie, że każdy z nas, bez względu na sytuację, zawsze ma szansę dotrzeć do upragnionej mety ciemności, po której przekroczeniu będzie już tylko lepiej. Obiecuję!
Kilka miesięcy temu, kiedy chmury już mocno gęstniały nade mną i odcinały dyskretnie krok po kroku od życiodajnego tlenu, dostałam od przyjaciółki piękny komplet biżuterii ze złotymi stokrotkami. Kiedy było mi naprawdę bardzo źle, odruchowo zakładałam go bez względu jaki strój nosiłam danego dnia, czasem nawet do dresu. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale dotykając delikatnie cudownie świetlistych, złotych kwiatków na łańcuszku i pierścionku, miałam wrażenie, że wykradam okruchy promieni słonecznych i wpuszczam je w okalającą mnie smolistą noc, dając nadzieję mojej duszy, że to kiedyś dobiegnie końca. Noc się skończy i przyjdzie czas, kiedy znowu ZAKWITNĄ PIĘKNE ZŁOTE STOKROTKI na mojej łące nieograniczonych możliwości. I tak się stało.
Życzę Wam w Nowym Roku, abyście mieli takich przyjaciół i takie swoje złote stokrotki zawsze pod ręką😊