W czasach PRLu kluczowym problemem było to, że nie można było mieć paszportu w domu i nigdy nie miało się pewności, czy dostanie się paszport oraz czy wyjazd dojdzie do skutku, a wszechobecne kolejki po ten towar deficytowy przeszły do historii naszego kraju.
Jak pokazały badania, to była jedna z największych ideologicznych bolączek polskiego społeczeństwa tamtych słusznie minionych czasów. Młodsze pokolenia mogą mieć trudność w wyobrażeniu sobie, że ktoś mógł tak kiedyś ograniczać wolność ludzi i tak sterować podstawowymi prawami człowieka. Niestety tak wyglądał świat naszych dziadków, rodziców i świat naszego dzieciństwa obecnych 40latków… Nikomu do głowy by nie przyszło po roku 1989, że te straszne czasy, kiedy symbolem wolności znowu będzie nieograniczona możliwość wyjazdu z kraju powrócą i to w z takim przytupem… A jednak…
Dawno nie byłam tak podekscytowana jak nowym planem spędzenia Sylwestra 2021/2022 w przestworzach, 11 tysięcy metrów nad ziemią na pokładzie eleganckiego dreamlinera unoszącego pasażerów w kierunku Nowego Jorku, mostu Brooklyn’skiego, Times Square i noworocznych fajerwerków odbijających się w czarnej tafli East River. Prawie dwa lata izolacji od świata poza Europą, miesiące wyrzeczeń, budowania poczucia bezpieczeństwa na nowo i szaleńczo zmieniającej się rzeczywistości sprawiły, że marzenia o spędzeniu spontanicznego Sylwestra na moście Brooklyn’skim urosły do rozmiarów zamku w Disneylandzie.
Dziś, dwa tygodnie po Sylwestrze leżę w łóżku chora, bez życia, nadal zszokowana tym czego doświadczyłam i nie mogę w to uwierzyć…to jest teraz nasz prawdziwy świat. Nasza nowa rzeczywistość. Nasz nowy porządek… Ale zacznijmy od początku.
Sylwester 2021, godz. 14:30 stawiamy się dzielnie na lotnisku Okęcie, wszystko spakowane, testy antygenowe zrobione, negatywne, my gotowi, na czas. Pan w okienku sympatycznie informuje, że ja nie polecę, bo nie mam wizy amerykańskiej. Ja oczy w słup. Jak to? Przecież mam i latam do USA o co chodzi? O ja durna, wizę mam w starym paszporcie, który leży spokojnie w mojej garderobianej szufladzie pierwszej od góry po lewej stronie. Żołądek mi podszedł do gardła, ale spokojnie staram się oddychać i myśleć racjonalnie. Ok, klucze do mieszkania ma nasza znajoma, która miała opiekować się mieszkaniem jak wyjadę. Kręcę do niej, błagam o to, aby była w domu. Jest! Wykładam temat szybko, znajoma bierze taxi jedzie do mnie do mieszkania, zgarnia paszport i 45 minut później jest na Okęciu. Ja wpadam na prześwietlarkę, biegnę do kontroli granicznej z wywieszonym językiem, cała zmachana i czerwona dopadam do gate’u. Udało się. Uff… Myślę sobie, pierwsze koty za płoty. No nic, teraz już będzie bajka.
Lądowanie w NY i tu pierwszy zimny prysznic. Po 9 godzinach lotu i kilku na Okęciu w stresie, wpada się do mega długiej kolejki podróżnych, którzy stoją i czekają na wezwanie strażnika granicznego do jedynej czynnej budki obsługującej ludzi nie będącymi obywatelami US. Kilkaset osób, jeden oficer, nie wolno usiąść, nie ma nic do picia. 20:30 Sylwester w Nowym Jorku i perspektywa kilku godzin w kolejce. Jak tak stałam w tej beznadziejnej kolejce, skojarzyło mi się to z tymi słynnymi kolejkami imigrantów na Ellis Island, którzy czekali z dobytkiem w kilometrowych kolejkach, aby zostać wpuszczonym do amerykańskiego raju. Ale może niesłusznie…
W hotelu padliśmy na łóżka ze zmęczenia. Fajerwerki na moście Brooklyn’skim na pewno były epickie, muszę wierzyć na słowo. Następny dzień śniadanie, taksówka na lotnisko i jesteśmy znowu w mega długiej kolejce. Tym razem mniej formalności, bo Meksyk nie wymaga testów antygenowych. Dobrze, że nie trzeba też żadnej wizy. Odprawiamy się w automacie, tak jak za starych dobrych czasów i wystarcza nam 2 godziny przed odlotem na luzie, nawet wypijamy niespiesznie kawkę na lotnisku. I to zmyliło naszą czujność, bo świat już tak nie wygląda. Meksyk to chyba ostatni bastion jako takiej wolności dla podróżujących. Potem wszystko poszło sprawnie. W Meksyku jedyne co zaniepokoiło na wejściu, to wszechobecne karteczki, tabliczki, że napiwki są konieczne, bo są częścią pensji kierowcy a ma dużo dzieci na utrzymaniu. No nic myślę, taki żarcik meksykański. Nigdy wcześniej nie było takiej ostentacji w wymuszaniu napiwków, więc może to specyfika lotniska.
Niestety, Meksyk mimo że dużo bardziej otwarty na turystów również przeszedł metamorfozę głównie w podejściu do turysty. Turysta to obecnie dojna krowa, z której trzeba wycisnąć co się da, bo za chwilę wyjedzie. Mnóstwo oszustw małych i większych, przy każdej okazji. Już nikt rzetelnie nie informuje, nie opowiada o wycieczce jak ją sprzedaje. Wszechobecne karteczki z wbijającym w poczucie winy błaganiem o napiwek no i roszczeniowość kelnerów, recepcjonistów, taksówkarzy hardo dopraszających się swoich procentów wspomagana co kilkuminutową zaczepką „kup pan cegłę” na plaży, zmęczyła mnie mocno już po kilku dniach. Dodam tylko że do pasma zaskoczeń włączam fakt, że od razu pierwszego wieczoru mocno zatruta nie skorzystałam również z opcji „all inclusive”, na którą tak bardzo się cieszyłam. O dziwo, jak nigdy nie choruję na wyjazdach. Nie wspomnę też o połkniętej przez bankomat karcie kredytowej i nie przyjechaniu taksówkarza na czas, aby zawieźć nas 4 godziny przed odlotem na lotnisko. Nie wystarczy mieć plan B. Obecna rzeczywistość wymaga niesamowitych pokładów cierpliwości, tolerancji na zwroty akcji, planu już nie tylko B ale też C w każdej sytuacji.
To już nie są żarty, to nasza nowa rzeczywistość. Obecność w kolejce do odprawy 3 godziny przed odlotem są obowiązkowe i nie jest to przesada. Testy antygenowe ważne tylko 24h, rozliczne formularze, kilka inspekcji po drodze, to powoduje, że wchodzi się do terminala i wpada w astronomiczną kolejkę do odprawy. Nigdy nie wiesz, czy test wyjdzie dobrze, czy puszczą Cię przez granicę, czy coś Cię nie zaskoczy i wbije w fotel. Na lotnisku w Meksyku tym razem automaty były bezużyteczne. Wszystko odbywało się ręcznie, na żywo, osobiście. Ledwo zdążyliśmy na samolot.
Lecimy, znowu kierunek Nowy Jork. W perspektywie krótka wycieczka, shopping same przyjemności. Tak jeszcze nasz mózg pracuje, na starych matrycach…
3 godziny w odprawie, 3 godziny lotu i … kolejne 3 godziny stania w kolejce do budki ze strażnikiem granicznym w NY. Znowu to samo. Wijąca się kolejka, nie wolno nigdzie usiąść, nie ma się czego napić… Trzeci świat a jednak Nowy Jork. Potem jeszcze tylko godzina w wypożyczalni samochodów i ruszamy do hotelu. Głodni, spragnieni… w recepcji dowiadujemy się, że restauracje hotelowe w większości są nieczynne i zlikwidowane, bo pandemia zrujnowała tą część gastronomii. Możemy liczyć tylko na Uber Eats. Stolik do odbioru jedzenia jest po prawej od recepcji. Kolejne zaskoczenie. Zmęczenie tak wielkie o 1:00 nad ranem, że tylko pijemy dużo wody, żeby żołądek oszukać i idziemy spać.
Rano śniadanie w wersji „catering”, bez obsługi, wszystko robisz sam, nawet naleśniki z dozownika z ciastem. Ok, oszczędności skrajnie skalkulowane, rozumiem. Wybywamy na miasto. Idziemy spacerem przez mroźne ulice Manhattanu. Ludzi prawie wcale nie spotykamy, a jeśli to tylko bezdomnych szaleńców, którzy wykrzykują do nas niecenzuralne słowa na F. W każdej restauracji konieczny jest paszport szczepień, maseczka obowiązuje również na dworze. Nie ma przebacz. Ludzie przemieszczają się głównie samochodami. Nie ma już tej ukochanej otwartości mojego wspaniałego Nowego Jorku. Tego tętniącego życiem epicentrum kultur, ludzi wesołych, zapraszających do wspólnej przygody, otwartych na świat, na wszystko co nowe. Nerwowość, agresywność ludzi, zmiana kulturowa, ograniczenia, nowe zasady życia, bezdomność, szaleństwo, brak poczucia bezpieczeństwa to jest Nowy Jork 2022. I tylko żółte taksówki, Empire State Building oraz Brooklyn Bridge wyglądają, jakby już to widziały, niewzruszone prężą swoje piękno.
Nie muszę chyba wspominać, że kolejne testy 24h przed wylotem konieczne do zrobienia w NY, za astronomiczną ilość dolarów, bo nie ma testów w USA, ludzie chorują na potęgę i wszystko wykupione.
Tym razem jesteśmy na lotnisku 3 godziny przed odlotem, ale tutaj znowu nieprzewidywalnie poszło akurat sprawnie. Idziemy do restauracji zjeść i się wyluzować, bo wszystko się udało, a tu skucha. Restauracja tylko do 20:00. Kończą serwowanie, bo nie ma ludzi do pracy, dziękujemy, zapraszamy jutro. No nic zimna kanapka i jakieś winko z kiosku, czekamy na nasz wspaniały dreamliner z kapitanem Dominikiem, który okazał się być moim kolegą z młodości! Nie widzieliśmy się i nie słyszeliśmy ponad 25 lat a tu proszę jestem w bezpiecznych rękach kolegi pilota 11 tysięcy metrów nad ziemią. Zimna kanapka i małe winko z gwinta idą w niepamięć. W tej całej nerwowej i niepewnej podróży taki element jak ktoś znajomy, z dawnej rzeczywistości objawiający się nagle w tym obcym kraju, to jak diament znaleziony w popiele.
8 godzin przyjemnego nawet lotu sterowanego przez kolegę ze złotych czasów. W naszej ojczyźnie oczywiście bałagan, kolejki, nikt nie wie do której się ustawiać. Stoimy oczywiście bez sensu w innej niż potrzeba, bo nikt nie informuje, że z dziećmi zawsze do odprawy paszportowej. Uff przeszliśmy przez paszporty, odbieramy bagaże i już witamy się z taksówką, a tu skucha! Pan celnik postanowił po raz pierwszy w moim życiu sprawdzić co wiozę w bagażach, bo na pewno przemycam alkohol, drogie torebki LV albo rafy koralowca. Po przeskanowaniu bagaży i wywiadzie godnym Rutkowskiego ostatni element stresu pokonany. Walizki oddane. Wychodzimy. Pierwszy oddech warszawskiego zimowego smogowego powietrza był nieopisanie smakowity, czuć było wolnością. Taką trochę zwęgloną, nieco sparciałą, ale jednak wolnością.
Kolejny dzień organizm odreagowuje całe to napięcie i stres z podróży. Przeziębienie. Leżąc w warszawskim moim ukochanym łóżku z temperaturą, tak sobie właśnie myślałam, że historia zatoczyła jakieś tragikomiczne koło. Znowu jest ten stres, niepewność czy się uda, nieprzewidywalne zwroty akcji, niemiłe zaskoczenia w procedurach, wycieńczające kolejki do wszystkiego. To już było…Obiecaliśmy sobie kiedyś, że to nigdy nie wróci. A jednak. Świat spłatał nam mega nieśmiesznego figla. Przesunął wajchę i puścił nasz rozpędzony pociąg na stare, zardzewiałe tory przeszłości, zmieniając nasze dawne sny o PASZPORCIE DO WOLNOŚCI ponownie w rzeczywistość.