„Po pierwsze przyjaciele, a poza tym nie chcieć zbyt wiele” to ulubiony cytat mojej przyjaciółki z repertuaru Profesora Kołakowskiego, którą uwielbiam za jej naturalność i prawdziwość, kobiecość i szczerość, pasję i kreatywność, ale przede wszystkim za to, że mogę być przy niej sobą. Absolutnie bez lęku, że mnie oceni, pouczy, naprostuje. Jej wyjątkowa wrażliwość i zdolność wyczuwania trudnych momentów w życiu drugiego człowieka oraz wysyłania dokładnie wtedy, kiedy potrzeba dyskretnego zapytania „Jak się masz Bejbe?” jest wręcz legendarna.

Możemy nie słyszeć się miesiąc, czasem dwa, ale kiedy przychodzi trudniejsza chwila mogę być pewna, że prędzej czy później będzie „pik pik” w telefonie i zobaczę moje ulubione zapytanie. To dyskretne zaproszenie do otworzenia się i podzielenia tym, jak jest naprawdę. Bez ściemy. Bez maski. Bez udawania. Dokładnie tak jak jest. Bez polewy czekoladowej.

Być sobą. Czy pamiętacie jeszcze to uczucie? Jak smakuje Wasze bycie sobą? Jak ono pachnie? Dla mnie bycie sobą, to zapach cynamonowej radości, smak waniliowego spełnienia, widok bezkresnej błogości i dotyk aksamitnej czułości. To cała gama wysoko wibracyjnych doznań, które wypuszczają prawdziwą mnie na świat i pozwalają od czasu do czasu jeszcze popląsać po mięciutkich łąkach beztroski.

Niestety obserwuję od lat, że to bezcenne uczucie u mnie wymiera jak zagrożony gatunek. Te momenty swobodnego pląsu zanikają jak szare komórki po 25 roku życia. To uczucie wymaga niestety specjalnych warunków. Można doświadczyć go tylko w towarzystwie prawdziwie bliskich osób lub zwierząt, które kochają nas i akceptują takimi jakimi jesteśmy naprawdę.

Kto z Was ma jeszcze możliwość pobycia PRAWDZIWYM SOBĄ? Takim bez żadnej poprawki, retuszu czy fastrygi? Mało nas… oj mało…

Na pewno nie pomaga fakt, że bycie sobą od urodzenia jest ograniczane zakazami, nakazami, szablonami społecznymi i wszelkiego rodzaju sztywnościami wymyślonymi przez samego człowieka. Dlatego umiejętność rozwijania tej wyjątkowej miękkiej łąki przed ludźmi jest dla mnie czymś arcy boskim. I ona to ma. Moja Kochana B.

Wystarczy mi kilka dni spędzonych pod jej dachem, a wszystkie troski, problemy bledną, odjeżdżają w siną dal jak metro ze stacji Kabaty. To ona mi pokazała, że proste rzeczy cieszą najbardziej i regenerują nasze poczucie szczęścia w ekspresowym tempie. Niespieszne espresso wypite w malutkiej alpejskiej kafejce. Kieliszek francuskiego wina skrzący się w górskim słońcu. I zapach ciszy, którą częstuje nas wszechświat na samym szczycie Mont Blanc.

Jeśli byliście tam kiedykolwiek to wiecie o czym mówię. Ta wszechobecna mistyczna cisza. Bogata w endorfiny. Wzmacniająca głos intuicji. Prowadząca do oczywistych decyzji. Otwierająca serce na ludzi i ścierająca popiół ostatnich rozczarowań z naszego serca. Tak właśnie dla mnie PACHNIE CISZA NA MONT BLANC. Pachnie jak BYCIE SOBĄ<3